W. Cz. Grzegorz Braun o bieżącej geopolityce w tym Rosji i USA 2015-10-10

Cytuję za facebokowym profilem W. Cz. Grzegorza Brauna. Wpis wg Facebooka opublikowany 2015-10-10  o 10:47 – 3 h, opublikowany pod adresem https://www.facebook.com/grzegorzmichalbraun/posts/429051527291896, dostęp 2015-10-10. 10:47. Wytłuszczenia moje.

“Pan Nikt na dziś, czyli Droga do Damaszku…

Nie dajmy się zwieść pozorom i fałszywym podszeptom. Jesteśmy świadkami klasycznego détente pomiędzy Ameryką i Rosją. Będzie miało ono implikacje o olbrzymim znaczeniu dla Polski i dla naszego regionu. Wydarzenia ostatnich miesięcy wskazują na początek geostrategicznej współpracy pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą, a to oznaczać może – poza mało znaczącymi zawiedzionymi nadwiślańskimi wyborczymi nadziejami naiwniaków wyczekujących zmiany wjeżdżającej na białym koniu jesienią tego roku – że czeka nas jednak Nowa Jałta.
Wielokrotnie pisałem, że geopolityka tłumaczy jeśli nie wszystko, to przynajmniej – wiele. Rosja orientowała się i orientować się zawsze będzie mimo licznych obiekcji na talasskoratyczne mocarstwo – Amerykę, która dla Kremla jest jedynym mocarstwem, „dla którego warto być.” Ten perwersyjny związek oparty – ze strony rosyjskiej – na pogardzie i podziwie, dumie i zazdrości, nienawiści i zauroczeniu, poczuciu niższości i pysze jest logiczną konsekwencją rachunku zysku i strat, sumy korzyści, jakie może uzyskać rosyjskie mocarstwo kontynentalne od mocarstwa morskiego, panującego nad morzami i szlakami handlowymi, a przez to i dominujące nad światowym handlem. Jak łaskaw był powiedzieć podczas swojej wizyty w Waszyngtonie na trawniku przez Białym Domem szef drugiego mocarstwa kontynentalnego – prezydent Xi (ach, jakaż szkoda, że nie wyartykułował tego prezydent Kabaret Dudek!): „Przyjaźń to wielki biznes,” a Moskwa świetnie zdaje sobie sprawę z tego, ile może ugrać i jak wielka może ją czekać chwała .
Rosyjskie elity władzy są bliskie upragnionego celu, tj. równorzędnego uznania interesów moskiewskich przez Waszyngton oraz współtworzenia na zasadzie partnerskiej nowej światowej architektury bezpieczeństwa. Z drugiej strony Rosja jak najdłużej będzie balansowała tak, aby nie tracić zbyt wcześnie Pekinu, ale nie zmienia to faktu, ze w momencie D-Day, w chwili nieodległego wypowiedzenia wojny Królestwu Środka przez USA, Federacja Rosyjska stanie po stronie Waszyngtonu. Wcześniej bowiem zbyt dużo zyska od niego, by nie „zachować się przyzwoicie” w chwili próby, licząc pośrednio na to – podobnie jak robił to w sposób klasyczny Stalin w 1940 roku – że obaj protagoniści wykrwawią się na tyle, iż znaczenie Rosji jeszcze bardziej wzrośnie i ugrać będzie można od jednego i drugiego więcej. Ale w istocie Moskwa zdecydować się może – w chwili decydującej – na poważne osłabienie Chin, dzięki czemu będzie można bez oglądania się na Smoka zająć się z Ameryką pełnym nowym podziałem świata, nie tracąc z oczu w długofalowej perspektywie szans na rosyjskie jedynowładztwo światowe.

Jałta, czyli dobre praktyki
Obecna gra przedwstępna opiera się, jak to ujął prezydent Putin w swojej wrześniowej mowie wygłoszonej na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ na dobrych wzorcach z przeszłości, kiedy to w Jałcie Ameryka i Sowiety podzieliły między siebie świat, zapewniając sobie redystrybucję dóbr. Moskwa od co najmniej 2001 roku marzy o swoim powrocie do Wielkiej Gry z Waszyngtonem na partnerskich zasadach i decydenci znad Potomaku, nie wiemy jeszcze jak bardzo tylko taktycznie, zgodzili się na otwarcie Moskwie drogi do glorii.
Podstawowym pytaniem, które nurtowało mnie w lutym br. było: co i ile otrzyma Moskwa po tegorocznych dagaworach lozańskich, a potem wiedeńskich, kiedy stało się jasne, że Rosja przychyla się ku wywróceniu porządku na Wielkim Bliskim Wschodzie, co w jej przypadku oznacza zawsze: coś za coś. Najprościej jest ująć to w schemat, że Federacja Rosyjska zapełnia, dzięki uzyskanej ze strony USA koncesji, próżnię strategiczną po Ameryce na Bliskim Wschodzie. Na Kremlu nie rezyduje, w przeciwieństwie do Warszawy, banda idiotów, więc zdają sobie tam sprawę, że może to być geostrategiczna pułapka zastawiona na Moskwę, która skończyć się może piekłem gorszym od Afganistanu, zatem będą tam niezmiernie ostrożni w podejmowaniu decyzji. Jednak nie zmienia to faktu, iż Federacja Rosyjska poprzez Damaszek wraca do Wielkiej Gry o własną planetarną podmiotowość. Pokazuje innym, że stać ją na projekcję siły daleko poza swoimi granicami i zrobi wszystko, aby przejąć konstruktywnie pałeczkę po Waszyngtonie, udowadniając, że może być czynnikiem stabilizującym region i gwarantem ustaleń, na którego mogą lub muszą orientować się wszyscy tamtejsi gracze.
Przemówienie Putina, jeśli skupić się na kluczowych tezach, to kolejna odsłona dobijania się Rosji do dealu z Waszyngtonem, to przedmowa do wejścia niedźwiedzia na scenę Wielkiego Bliskiego Wschodu, to zapowiedź tego, że tylko ustalenia mińskie z 12 lutego 2015 r. (Mińsk II), zgodne z interesem Rosji, są i będą wiążące dla rządzącej w Kijowie bandy złodziei i amerykańskiej agentury, czego dowodem były późniejsze rozmowy paryskie z 2 października br.
Putin wie, że jest potrzebny, Putin wie, że Europa chce powrotu Rosji do gry europejskiej dla własnego bezpieczeństwa i interesów, Putin wie, że jego polityka osiąga sukces i że Rosja staje się coraz bardziej potrzebna Waszyngtonowi. Przy okazji jego speech to wielki polityczny pogrom dotychczasowej cynicznie prowadzonej polityki amerykańskiej, to recenzja oparta na realizmie. I tę ocenę oraz wizję akceptuje, podobnie jak powrót Rosji do wielkiej światowej gry, cały tzw. Global South. Rosja – czego na Kremlu są świadomi – ma za sobą bardzo wiele państw.
Nie. Ta recenzja cynicznej gry amerykańskiej w ustach czekisty w ogóle nie wywołała u mnie uśmiechu politowania. Rosja prowadzi w sposób trzeźwy. logiczny i bezwzględny grę o swoje interesy, nie stosując obłudnie aksjologicznego picu, demokrackiej nowomowy, nie nazywając obroną praw człowieka bandyckich – tj. w istocie normalnych w grze międzynarodowej – sposobów obrony swoich interesów, w przeciwieństwie do Waszyngtonu, którego prezydent obłaskawiony Pokojową Nagrodą Nobla odpowiada za pożogę na Bliskim Wschodzie oraz śmierć kilkunastu tysięcy osób w Krainie U i dla którego używanie „wartości” jest jednym z podstawowych przemocowych sposobów osiągania propagandowej i fizycznej dominacji nad adwersarzami.
Putina można podziwiać za wiele rzeczy, ale szczególnie zręczny charakter ma jego specyficzna „brutalna” predylekcja – zawsze uruchamiana, kiedy należy bronić rosyjskich interesów – do wykładania prawd nieszczególnie obecnych w dyskursie tzw. Zachodu, cokolwiek określenie „Zachód” znaczy. Przekraczanie przez niego tabu otarło się w oenzetowskim przemówieniu o tabu szczególne, a mianowicie wtedy, kiedy, broniąc interesów ekonomicznych Rosji oraz pośrednio opisując mechanizm sankcji nałożonych na Rosję w grudniu zeszłego roku i grę wokół rosyjskiej waluty – spróbował obnażyć prawdziwą twarz światowej banksterki, ekskluzji, bezwzględność władzy nieformalnych grup, zakrytych przed opinią publiczną : „Chciałbym odnotować jeszcze jeden znak rosnącego finansowego samolubnego egoizmu. Grupa krajów zdecydowała się na stworzenie wyjątkowych stowarzyszeń ekonomicznych, których kierownictwo prowadzi negocjacje za zamkniętymi drzwiami, w sposób zakryty przed opinią publiczną tych państw oraz przed społecznościami biznesowymi, jak również przed resztą świata. Pozostałe kraje, których interesy poprzez te działania mają być naruszone, również nie są informowane o czymkolwiek. Wydaje się, że ktoś chciałby wymóc na nas stosowanie jakichś nowych reguł gry, bezsprzecznie skonfigurowanych tak, abyśmy akomodowali względem interesów uprzywilejowanej grupy, z WTO nie mającą nic do powiedzenia w tym procesie. Te działania noszą potencjał zupełnego dysbalansu światowego handlu i podziału światowej przestrzeni ekonomicznej.” I nawet tu pomimo demaskatorskich chwytów, podobnie jak w każdym niemal zdaniu swojej przemowy, mówi do Waszyngtonu, że Moskwa chce przystąpić do dealu z Waszyngtonem i z nim współtworzyć nowy porządek finansowy świata, a cały BRICS jego instytucje finansowe są zaledwie narzędziem negocjacyjnym, dodatkową furtką awaryjną na wypadek, gdyby Stany Zjednoczone nie wpuściły Moskwy do ogródka .

Finimondo – predicazione dell’anticristo. Syria – wojna u końca świata
Józef Beck, człowiek, który po prawdzie nie rozumiał, że w 1938 i 1939 roku Polsce, jako słabszej stronie, pozostaje tylko w mniejszym lub większym stopniu uprawianie niepodmiotowej polityki, przez co postawienie jesienią 1938 roku przez Warszawę na dalsze trwanie w logice polityki równowagi było ogromnym błędem – łudził się on bowiem, że czynnikiem dającym szansę na przetrwanie, będą własne siły zbrojne, w czym utwierdzał go polski Sztab Generalny – zamiast za pomocą bandwagoningu podwiesić się pod Berlin, starając się zachować dla siebie swobodę ruchu, pozwalającą na natychmiastowe dokonanie wolty politycznej zmieniającej elastycznie sojusze, jak robiły to Sowiety, czy Finlandia – pomimo tego, że rację mieli Niemcy, twierdząc, że przeliczyli się z jego inteligencją, zdecydowanie przeceniwszy dalekowzroczną politykę pułkownika Becka (Die Grosszüglische Politik des Obersten Beck) – był jednak bystrym obserwatorem. W kwietniu 1937 roku podczas rozmowy ze szwedzkim szefem MSZ Rikardo Sandlerem Beck sformułował tezę jak najbardziej odnoszącą się np. do obecnej geopolitycznej układanki w Europie, na Bliskim Wschodzie oraz na Zachodnim Pacyfiku: „Ogniska zapalne, a nawet konflikty zbrojne wynikają najczęściej, jak uczy doświadczenie, nie bezpośrednio na granicy wielkich mocarstw o sprzecznych interesach, ale właśnie w rejonach ich “stref wpływów,” między objętymi przez nie mniejszymi państwami.” Stany Zjednoczone co prawda łamią tę „regułę,” kreując konflikt w bliskim otoczeniu protagonisty (Ukraina) lub, dążąc do wyjaśnienia problemu prymatu nad światem, decydują się na wkraczanie w chińską przestrzeń wpływów na Morzu Południowochińskim, jednak używają do tych operacji „kontrolowanego zderzenia” swoich proxies – państw dysfunkcyjnych, „sojuszników zastępczych” o zdesuwerenizowanych elitach, np. jak Kraina U, Polska lub Rumunia, ale już np. potężny dysbalans na Wielkim Bliskim Wschodzie jest najlepszym przykładem ta trafność opinii wygłoszonej przez Becka.
Zacznijmy od tego, ze dla pohańców trwające tam rozdanie nie jest po prostu kolejną odsłoną dżihadu. Wg hadisów to właśnie w Syrii rozpocznie się ostateczne zmaganie, finalny konflikt, który zapowiada przyjście mesjasza oraz koniec dziejów. Dla poganów nie jest to zatem zwyczajny kolejny etap budowania światowej ummy, ale mistyczna walka ze złem, w której udział to coś więcej niż tylko współtworzenie internacjonalistycznej ideologii światowego dżihadu, to zapowiedź wielkiej wojny światowej, która jest preludium do czasów ostatecznych i sądu ostatecznego. Dla nich droga do Damaszku pełna jest symboli i znaczeń. Poza ogromnym pragmatyzmem i zręcznością elit Państwa Islamskiego czy Dżabhat an-Nusra, nie tracą one w najmniejszym stopniu tej millenarystycznej optyki w swoich działaniach. Wręcz przeciwnie, jest ona motorem napędowym kalifatu. Powtórzę po raz kolejny: tym gościom przynajmniej o coś chodzi. Przeprowadzają rewolucję religijną o ambicjach globalnych. Czy my w Warszawie wiemy, o co nam chodzi? Czy będąc na drodze do Damaszku, przyjęlibyśmy, upadłszy z konia, to, co dociera do naszych uszu i oczu? Czy może pozostalibyśmy po tym doświadczeniu ślepi na zawsze, nie pojąwszy w ogóle sercem i duszą tego, o co biega? Geopolityczni ślepcy, których prowadzą nie do wrót miasta, w którym czeka nas ujrzenie rzeczywistości w prawdziwym świetle, ale do bydlęcych wagonów lub do gazu…
Nie wiemy jeszcze, co wyniknie w pełni z fizycznego wejścia rosyjsko-chińskiego, jako gwarantów i stabilizatorów regionu w Wielki Bliski Wschód, ale można zauważyć, że:
1. Bagno bliskowschodnie służy na razie przede wszystkim dwóm aliantom USA: Izraelowi i Iranowi.
2. Państwo Islamskie – twór parapaństwowy albo państwo nowego typu, podobnie jak Autonomia Kurdyjska w Iraku – to wielka w istocie zwyrodniała odpowiedź, „odwinięcie się” narodu irackiego, swoista iracka rekonkwista bliskowschodnia (PI unifikuje terytoria od lat skonfliktowanych krajów), zdegenerowana, pełna nienawiści odpowiedź w postaci teokratycznej monarchii na to, co pozostało z tego państwa i narodu po jego zniszczeniu przez Amerykę . Jest również odpowiedzią na próby objęcia Iraku protektoratem perskim lub tureckim.
3. Zarządzalny chaos bliskowschodni, na nieszczęście żyjących tam ludzi, jest doskonałym narzędziem dla wygrywania swoich interesów przez Rosję, USA, Chiny, Francję, Iran, Turcję, Saudów, Egipt, Izrael, Katar. Nikt nie ma i nie będzie miał większego powodu dla szybkiej likwidacji tego świetnego źródła zysków politycznych.
4. Nie tylko przede wszystkim Waszyngton, ale i choćby Moskwa traktują PI, jako młot na próbujące odbudować swoją strefę wpływów Imperium Osmańskie oraz Wielką Persję.
5. Waszyngtonowi docelowo w perspektywie średnioterminowej chodzi o wywołanie wielkiej wojny sunnicko-szyickiej, doprowadzenie do równoważącej się pełnej rywalizacji turecko-perskiej, do clashu dwóch rosnących regionalnych subimperiów dążących do jak największej suwerenności wewnętrznej, pragnących rozgrywać Bliski Wschód samodzielnie bez udziału graczy spoza regionu. W perspektywie długoterminowej w interesie Waszyngtonu jest trwanie tam ogromnego napięcia, z niejasnymi konsekwencjami, podczas gdy Ameryka może skupić się na Zachodnim Pacyfiku.
6. „Brudna bomba” demograficzna, jako pokłosie implozji regionu Bliskiego Wschodu, czyli wielka Wędrówka Ludów, jako akcja kontaminująca przede wszystkim Niemcy pokazuje, co czeka państwa, które czują się za pewnie i myślą, że mogą prowadzić polityką bardziej niezależną wobec interesów Moskwy i Waszyngtonu . Dzięki „mniejszościom” muzułmańskim w Europie kalifat bliskowschodni ma duże możliwości destabilizowania porządku europejskiego.
7. Cały region jest zależny od podmiotu zewnętrznego w roli stabilizatora, wcześniej były to Stany Zjednoczone, dziś przejmuje tę rolę Moskwa przy mniejszym, pomocniczym udziale Pekinu. Przed oficjalnym wstąpieniem Moskwy na tamtejszy teatr działań, Kreml pod koniec września br. odwiedzili kolejno: Sisi (koniec sierpnia), Netanjahu, Abbas, Erdoğan. Wg mnie Rosja nie popełni tam żadnego błędu i wykorzysta swoje zaangażowanie w pełny sposób. Bliski Wschód dla Moskwy jest zaledwie etapem prowadzącym do uznania przez Waszyngton partnerskiej, posiadającej globalne interesy Federacji Rosyjskiej.
8. To potworne laboratorium z licznymi aktami ludobójstwa, które nikomu spośród wielkich nie przeszkadzają, jest „biznesowo” połączone z ukraińską akcją w naszym regionie w tym względzie, że jest jedną z kart negocjacyjnych wyłożonych na stół. Te dwa konflikty zastępcze są tłem dla narastającego napięcia chińsko-amerykańskiego nad Zachodnim Pacyfikiem, które najprawdopodobniej zakończy się siłowym rozwiązaniem.
9. Mieszkańcy Donbasu, Ługańska, Aleppo, Kobane, Mosulu ich los i życie, i nasze życie – miejmy tego świadomość, nie mają żadnego znaczenia w perspektywie planów strategicznych mocarstw, zgodnie ze słowami piosenki:
moja krew
mrożona wysyłana i składana w bankach krwi bankierzy przelewają ją
na tajne konta tajna broń
moją krwią
tajna broń konstruowana aby jeszcze lepiej jeszcze piękniej bezboleśnie ucieleśnić krew
moją krew
wypijaną przez kapłanów na trybunach na mównicach na dyskretnych rokowaniach
moja krew
moja krew
to moją krwią
zadrukowane krzyczą co dzień rano stosy gazet nagłówkami barwionymi krwią
moją krew
wykrztusił z gardła spiker na ekranie liczę ślady
mojej krwi
moją krwią
leciutko podchmielone damy delikatnie przechylają szkło na rautach w ambasadach, tak, to
moja krew
to moją krwią
podpisywano wojnę miłość rozejm pokój wyrok układ czek na śmierć
moja krew…

Franciszek, tj. kilka słów o jego wizycie w domu diabła oraz kilka uwag o wizycie Xi w Babilonie
„I podniósł jeden potężny anioł kamień, duży jak kamień młyński, i wrzucił go do morza, mówiąc: Tak jednym rzutem zostanie strącone wielkie miasto Babilon, i już go nie będzie.”
Apokalipsa wg św. Jana

Wielu wolnych Polaków sądzi, że znajdą odpowiedź na większość trapiących ich kwestii polityczno-socjologiczno-cywilizacyjnych dzięki prostemu odnalezieniu właściwych recept na odwrócenie upadku Polski, chodząc na spotkania, szukając prawd po necie, sądząc, że znajdzie się ktoś, kto powie im, jak samodzielnie robić tynkturę, „działającą esencję” zmieniającą podłą jakość ontologiczną narodu i ich kraju, że odkryją gdzieś jakiś zaczyn tego, co – jak za pomocą czarodziejskiej różdżki – dokona bezwysiłkowej transmutacji ich politycznego istnienia naznaczonego grozą i smutkiem w egzystencję pełną roztropności, sprawiedliwości, wstrzemięźliwości i męstwa. W rzeczywistości parają się jakaś naiwną magią polityczną, jakąś tęsknotą do posiadania pierścienia władzy, łudząc się, że to wystarczy. Są podobni do heretyckiego szwedzko-niemieckiego generała Pawła Würtza, gubernatora Krakowa z poręki Karola X Gustawa, który podczas oblężenia tego miasta przez Polaków w 1657 roku w akcie rozpaczy spoglądał posępnie wieczorami w mroczne zwierciadło, szukając tam podpowiedzi na temat przyszłości. Biegną oni do przodu pozornie tylko, w istocie cofając się i zapominając o korzeniach. Są tacy, którzy o Źródle pamiętają i są mu wierni, nie potrafią jednak przekroczyć granic swojej hermetycznej oazy i skazują się na trwanie w niebycie, w zawieszeniu, szlachetnym wykluczeniu i z braku rozeznania pierwsi skazani są na zagładę, ponieważ biorą grożących ich istnieniu wrogów za przyjaciół, podobnie jak przedwojenne elity polskie, o których Zygmunt Jerzy Gąsiorowski pisał: „Przywódcy polscy czuli się dumni, że są realistami, a poili się iluzjami.”
Pius XII w encyklice w trzechsetną rocznicę chwalebnego męczeństwa św. Andrzeja Boboli: „Invicti Athletae Christi” kierował 16 maja 1957 roku do Polaków te słowa: „Postępujcie nadal mężnie, ale z tą odwagą chrześcijańską, która idzie w parze z roztropnością i z tą mądrością, która umie bystro patrzeć i przewidywać. Wiarę katolicką i jedność zachowujcie. Wiara niech będzie „przepasaniem biódr waszych”; niech ona głoszona będzie po całym świecie, niech wam będzie tym „zmartwychwstaniem, które zwycięża świat.”. A uczynicie to wszystko, patrząc na Jezusa (…)Tak postępując i to osiągniecie, żeby wszyscy święci, osobliwie ci, co z waszego rodu wyszli, z tego i wiekuistego szczęścia jakim się obecnie cieszą, wraz z Królową Polski, Bożą Rodzicielką Maryją, na was i na ukochaną Ojczyznę waszą łaskawie spoglądali, by opiekować się nią i jej bronić.”
Zachowując tę perspektywę, łatwiej nam oceniać czyny i słowa innych. Jest ona co prawda doskonałą pozycją wyjściową dla naszych czynów i słów, ale tylko pozycją wyjściową. Początkiem, nie końcem.
I tak wizyta Franciszka w Stanach Zjednoczonych po raz kolejny potwierdziła, że człowiek ten stanowi zagrożenie dla jedności kościoła katolickiego. Wg mnie jego rola w odnowie naszej wspólnoty jest pomimo wszystko jednak szczególna. On – bezwiednie i niezgodnie z intencjami – swoimi słowami i czynami doprowadzi do podziału w łonie Kościoła, ponieważ jego kłanianie się możnym tego świata, nieortodoksyjność oraz pogubienie bazujące nie tyle może na silnych brakach intelektualnych, ale na naiwności i wartościach wyznawanych przez południowoamerykańskie środowisko umysłowe zdegenerowane przez naiwne oglądy nt. lewackich idei, z którego się wywodzi Bergoglio, rozpocznie proces realnej odnowy naszej wspólnoty, która być może ponownie zejdzie do katakumb i pośród nowych prawdziwych świętych, którzy dawać będą swoim życiem i posłaniem wiarę, nadzieję i miłość, pozwolą nam przetrwać do czasu, kiedy może otrzymamy pomoc od tych, którzy wyprowadzą nas z tych podziemi np. od naszych braci z Afryki. Tam bowiem rośnie Kościół dynamicznie i stamtąd może przyjdą Ci, którzy poprostują nam drogi nasze. Tak. Franciszek bezwiednie i niezgodnie z intencjami tych, którzy uplasowali go na Tronie Piotrowym paradoksalnie dokona nowego otwarcia, ale nie popadajmy w tanie prorokowanie, ponieważ
(…) Nasze bowiem słowa są ułomne
I nie dosyć są wielkie, i za mało skromne,
Nie dość żeśmy cierpieli, za mało walczyli,
Byśmy mogli cośkolwiek powiedzieć w tej chwili.
Bezsprzecznie Franciszek – w zamierzeniu zepsutego establishmentu watykańskiego – to „konstruktywna” wersja „Nowego Otwarcia”. Ten establishment rojący sobie, że przechytrzy zepsuty świat i powstrzyma jego pogrążanie w nihilizmie dzięki miękkiemu współgraniu z Molochem poprzez postawienie na czele Kościoła religijnej wersji Obamy, mającej ocieplać wizerunek kościoła i samej wiary, nie pojmuje, że sam pełen jest pychy i zepsucia i zapomina w swoim planowaniu o słowach św. Piotra – „Skoro to wszystko ulegnie zagładzie, to jakimi winniście być wy w świętym postępowaniu i pobożności, gdy oczekujecie i staracie się przyśpieszyć przyjście dnia Bożego, który sprawi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość” (2 P 3,11-13).
Purpuratom watykańskim wydaje się, że wchodząc w układy z tytanami, uda się im uniknąć pazurów ryczącego lwa. Naiwniacy. Stając się „konstruktywną opozycją,” nie mogą liczyć na nic więcej, niźli na zwasalizowanie i finalnie – zniesienie ze szczętem.
Bergoglio w sposób skandalicznie płaski i mało wysublimowany wkracza w polityczność , działając na szkodę Kościoła, osłabiając jego pozycje, doprowadzając do zamętu wśród wiernych. Jego wizyta u wielkiego szatana stanie się chyba symbolem tego nieszczęsnego pontyfikatu, symbolem słabości i pogubienia, symbolem oportunizmu i dekonstrukcji. Jakże żałośnie smutno wyglądało powitanie Franciszka na lotnisku przez rodzinę Obamów. Te zabawne stworki witały się z nim, jakby witały się z jakimś Bono. Choć po prawdzie nie są odlegli w sposobie postrzegania Bergoglio. On jest takim Bono w wersji religijnej. Dla tych zachodnich biedaków pogrążonych w ciągłym melanżu, w bełkocie znaczeniowym, tkwiących w studni otchłani, dla których „ten pan w białym stroju” jest tylko kolejny celebrytą, jakimś takim laickim świętym, czymś na kształt Mahatmy Ghandiego lub Martina Luthera Kinga tudzież Michale’a Jacksona. Bergoglio niestety akceptuje i „wchodzi” w tę figurę znaczeniową sprokurowaną dla niego i przez watykańskich macherów z zaplecza, i przez samych masonów w sposób miękki. On jest odpowiedzią watykańskich elit na zapotrzebowanie barachła zachodniego, jałowych westerneńczyków, jest ukłonem w ich stronę, ale ten ukłon zmienia się w czołobitną trwałą postawę. Bergoglio to młot na nas. Rok po rozpoczęciu pontyfikatu przez Franciszka nasi przyjaciele, na których zawsze można liczyć, czyli amerykańska wersja „Gazety Wyborczej tj. „New York Times” opublikował wyniki badań Pew Research Center – zatytułowanych, a jakże, „Jak Franciszek zmienia postawy amerykańskich katolików”. I tak wg badań: 6 na 10 amerykańskich katolików oczekuje zmiany stanowiska Kościoła wobec kontroli urodzeń do 2050. Połowa spośród nich uważa, że księża powinni mieć możliwość ożenku. Czterech na dziesięciu – że kobiety mogłyby być księżmi. 2/3 badanych sądzi, że do 2050 Kościół mógłby uznawać małżeństwa tej samej płci. 70 milionów katolików USA poddawanych o wiele bardziej złożonej, wysublimowanej i perfidnej opresji propagandowej, niż tej stosowanej w Sowietach, w tej ankiecie podsumowało stan swojej świadomości i poziom ortodoksyjności. Nie dziwi zatem to, że Upadek przyjmuje Franciszka jak swego. Tego człowieka Moloch używa do okładania katolików i utrwalania destrukcyjnych zmian w ich wierze. Jakież to perwersyjnie i żałośnie proste…
Bergoglio w dziwny sposób akomoduje politykę Watykanu do polityki amerykańskiej. Najpierw dał się wykorzystać jako podkładka i wsparcie moralne w akcji zbliżenia jankesko-kubańskiego, angażując do tego dyplomację watykańską i nie zdając chyba sobie do końca sprawy, że został użyty instrumentalnie przez Waszyngton, dla którego wciągniecie Kuby w swoją strefę wpływów zabezpiecza interesy imperium w bliskiej zagranicy i w zachodniej hemisferze poprzez immunizowanie Hawany na ewentualne objęcie jej protektoratem chińskim lub rosyjskim, co mogłoby skutkować tym, że mocarstwa te w perspektywie zbliżającego się zwarcia mogłyby ponownie, jak w latach 60., wykorzystywać tę wyspę, jako czynnik destabilizujący bliskie otoczenie Ameryki, podobnie jak zrobiły to Stany Zjednoczone wobec Moskwy w Krainie U. Tak. Przed nadchodzącą wojną trzeba koniecznie wyjaśnić wszelkie wątpliwości na swoim podwórku i Watykan wybitnie w tym zbliżeniu Ameryce pomógł.
Ale przede wszystkim Franciszek na ideologicznym froncie – co jest niezmiernie smutne – staje ramię w ramię z postliberalną wersją współczesnego Związku Sowieckiego, żyrując stosowanie przez niego na globalnej scenie aksjologicznej i politycznej narzędzi opresji m.in. takich jak Climate Change, który w powszechnie akceptowanym bełkocie nazywany jest i przez Obamę, i przez Xi, i nawet przez Putina critical issue to the world. I głowa Kościoła w ten postnowoczesny bełkot wchodzi i daje do tego swoją twarz, co natychmiast zostało wykorzystane przez Waszyngton w warstwie politycznej, bo Obama, czy Kerry, cytując jego stanowisko i słowa, skwapliwie używają argumentu w postaci stanowiska Franciszka zdefiniowanego w kongresie nt. zmian klimatycznych na spotkaniach dyplomatycznych z innymi państwami .
Wystąpienie Bergoglio w Kongresie było wielkim nieszczęściem nie dlatego, że w warstwie formalnej podobne było do jakichś wystąpień w atmosferze skeczów z Monthy Pythona, ale dlatego, że Bergoglio w ogóle zgodził się na przemówienie w centrali masońskiego państwa, w domu diabła, w laickiej świątyni, w samym centrum Babilonu. On przyszedł oddać pokłon nierządnicy. On głośno podczas tego nieszczęśliwego speechu w masońskiej świątyni wyartykułował prośbę, niczym Sikorski w Belinie, skierowaną do tytanów, czyli establishmentu amerykańskiego, aby ten wziął sprawy w swoje ręce i expressis verbis prosił ich o działanie na rzecz lepszego świata. Uznał tym samym wyższość i nadrzędność imperium nad tym, co zostało mu powierzone pod pasterską opiekę. Od razu zostało to podchwycone przez tych, którzy oczekiwali takiego komunikatu i którzy na łamach „New York Timesa” za pośrednictwem pióra jednego z redaktorów łaskawie przyjęli ten hołd złożony im publicznie i w ich pałacu: „Pope Francis, the spiritual leader of 1,2 billion Catholics, challenged Congress and by extension THE MIGHTEST NATION IN THE WORLD (podkreślenie moje) on Thursday to break out of its cycle of paralysis and use its power to heal the „open wounds” of planet torn by hatred, greed, poverty and pollution.”
Ten pontyfikat niestety jest pełen picu. Głowa Kościoła myśli, że tanimi sztuczkami – jak jeżdżenie małym fiatem lub pisanie farmazonów na fejsie – kupi sympatie tłumów i za pomocą tanich i płytkich gestów, które naprawdę mają niewiele wspólnego z czystością i naturalnością franciszkańską, uda mu się odnowić duchowo Kościół. Nie. To, co robi i czyni udowadnia nam, jak bardzo źle jest w Watykanie i w tym kontekście zrozumiałe jest odejście Benedykta XVI, który, zdaje się, nie miał sił walczyć z kunktatorskim otoczeniem (zmuszono go?). Nigdy bym wczesniej nie pomyślał, ile prawdy jest w hasłach formułowanych w kierunku Państwa Watykańskiego przez heretyków amerykańskich zarzucających Watykanowi głębokie zagenturalizowanie masońskie i kłanianie się wielkim tego świata…
***
Chińczycy nie osiągnęli nic podczas wizyty prezydenta Xi w Stanach Zjednoczonych. Przyjechali z ofertą dogadania się taktycznego z Waszyngtonem, aby zyskać więcej na czasie. Rozumieją oni bowiem, że Ameryka coraz bardziej skłania się ku uderzeniu na Królestwo Środka i czas ten jest bliski, przez co zawęża się pole manewru Chin. Powoli sytuacja zmierza ku temu, że Chińczycy zostaną postawieni przez Amerykanów pod ścianą jak Japończycy na przełomie lat 30. i 40., stąd Xi, uciekając do przodu, przyleciał z ofertą „nowego modelu relacji głównych krajów” (major countries relations), które miałyby być oparte na pokoju, szacunku i współpracy, i stałym wzroście gospodarczym, a w istocie chodziłoby o równorzędne podzielenie się strefami wpływów, o klasyczny duopol. Ale w Waszyngtonie nikt nie chciał słuchać starej, cwanej i zwodniczej chińskiej śpiewki o tym, że na kooperacji z nimi można zarobić i osiągać obopólne korzyści. Chinom zajęło zaledwie pół wieku wejście do pierwszej ligi i zagrożenie wiodącej pozycji Ameryki i w Waszyngtonie mają już dość tej prosperity. Nikt tam nie chciał potakiwać, kiedy Xi: stwierdzał, że „nie ma innego wyboru dla dwóch stron jak współpraca typu win-win.” Żadnego win-win nie będzie. Nic z tych rzeczy. Pentagon i Chiny szykują się do wojny. Obie strony wiedzą, że to je czeka, zatem najistotniejszą de facto kwestią podniesioną przez Xi podczas jego wystąpień publicznych w USA był key message do Amerykanów, aby na tym etapie obie strony nie popełniły błędu miscalculation and misunderstanding, co już obecnie z powodu dużego napięcia może skończyć się tragedią z powodu nieoczekiwanego i nieadekwatnego do intencji i do sytuacji wybuchu wojny. Po prawdzie obie strony boją się właśnie niepotrzebnego, bo zbyt wczesnego wybuchu konfliktu zbrojnego. Innymi słowy Xi w istocie mówił do waszyngtońskich decydentów: „OK, jak i wy, wiemy, że będziemy się bić, ale jeśli już to nastąpi, to niechaj się to stanie z jakiegoś istotnego, poważnego powodu. Do tego momentu możemy współpracować na wielu poziomach ze sobą, a nuż się uda i wspólnie doczekamy chwili i tak się ułożymy, że jednak wojna nie będzie potrzebna.” Jednak Waszyngton wie, że jest to dezinformacyjna gra chińska. Pekin potrzebuje po prostu jeszcze trochę czasu, tak, aby w nieodległej przyszłości Xi za Stalinem, mógłby użyć jego słów z 3 lipca 1941 roku: “Co wygraliśmy, zawierając z Niemcami pakt o nieagresji? Zapewniliśmy naszemu krajowi półtora roku pokoju i możliwość przygotowania swych sił do stawienia oporu na wypadek, gdyby faszystowskie Niemcy zaryzykowały wbrew paktowi napaść na nasz kraj. Jest to wyraźny zysk dla nas i starta dla faszystowskich Niemiec.” Waszyngton nie chce popełnić błędu Hitlera i pomimo pięknie brzmiących deklaracji o ogromnej wadze wzajemnych relacji, dąży do zwarcia. Amerykanie chcą uderzyć wczesną wiosną 1941 roku, a nie – latem. Bezsprzecznie status quo relacji jankesko – chińskich można obecnie nazwać „zbrojnym pokojem.” Słowa Obamy, które w głębokiej ciszy i napięciu wybrzmiały w Sali Zgromadzenia Ogólnego ONZ trzy dni po spotkaniu z Xi, zrozumiano właściwie w Pekinie i w Moskwie: „Nigdy nie zawaham się użyć wojsk w obronie swojego kraju czy sojuszników unilateralnie i wtedy, kiedy będzie to konieczne.” Chińskie przysłowie mówi, że „Okazja puka do drzwi tylko raz.” Tą okazją – w optyce Królestwa Środka – była propozycja chińska. W Białym Domu nikomu nawet nie przyszło na myśl, aby otworzyć jej drzwi i wpuścić ją za próg.”

Pan Andrzej Łapicki o Powstaniu Warszawskim, ówczesnej konspiracji, współczesnych politykierach ..

Pod tym adresem można przeczytać wydukowany niegdyś do pdf-a artukuł z dziennika “Reczpospolita” Andrzej Łapicki Korzystajmy z życia.

Udostępniam to ponieważ ów art. niedostępny (2015-08-01) pod pierwotnym adresem oraz nie udaje mi się go odszukać w internetach.

Jako grafikę, z wyróżnieniami, udostępniam też najważniejsze moim zdaniem fragmenty. Osobiście polecam jednak przeczytać całosć.

 

Powstanie-Warszawskie-w-ocenie-pana-Andrzeja-Łapickiego


Wydruk do pdf-a wywiadu z internetowych stron dziennika Rzeczpospolita. Wywiad z panem Andrzejem Łapickim. Autor: Jacek Cieślak. Data2009-10-29, ostatnia aktualizacja (wg treści wydruku) 2009-10-30, 00:32.
Min. na temat Powstania Warszawskiego, ówczesnej konspiracji …
http://www.rp.pl/aktykul/384812.html?print=tak
Obecnie (tj 2015-08-01) brak dostęu.

“Manifest reakcji” Janusz Korwina Mikke

MANIFEST REAKCJI
Parę słów gorzkiej prawdy powiedzieć też trzeba tym, którzy od dziesiątków lat propagują ideał „oświecenia” społeczeństwa – jako panaceum na choroby cywilizacji.
Cała nasza cywilizacja praktycznie zlikwidowała analfabetyzm. Więcej: wszędzie obowiązkowa jest szkoła powszechna, a w niektórych krajach obowiązek kształcenia trwa do 17-go roku życia.
Telewizja oglądana jest po kilka godzin dziennie. Ilość informacji, jaką otrzymuje człowiek, przekracza – zdawałoby się – wielokrotnie tę, jaką otrzymywali nasi przodkowie.
A oto skutki: narasta fala zdziczenia i barbarzyństwa. Ludzie czytają, owszem: głupstwa i horoskopy – i piszą, owszem: głupstwa i donosy. Człowiek zaczyna być traktowany jak rzecz – a proces ten się pogłębia. W polityce rządzi głupota – i spełniają się proroctwa Alexego de Tocqueville, że „im bardziej oświecone staje się społeczeństwo cywilne, tym głębiej brnie ku barbarzyństwu społeczeństwo polityczne”.
Jednocześnie spadł prestiż uczonego („pracownika nauki”), prestiż wiedzy, a wykształceniem się wręcz pogardza – po części słusznie, bo sprowadza się ono do wygłaszania formułek oderwanych od życia.
Różne są tego przyczyny. Tu zatrzymamy się na oświacie. Najpierw opiszmy stan faktyczny.
Stan jest ten zupełnie inny, niż opisują go Oświeceniowcy. Przede wszystkim: człowiek posiada pięć zmysłów – najważniejszym są oczy. Zmysłami tymi człowiek NIEUSTANNIE odbiera INFORMACJE. Stronica książki niesie wiele informacji; ekran telewizyjny jeszcze więcej. Jednak zawsze człowiek z tymi otwartymi oczyma odbiera TYLE SAMO informacji: tyle, ile pada na zakończenia nerwów w siatkówce oka.
Gdyby więc człowiek nie oglądał fimu w TV, to widziałby twarze swojej rodziny. I tak samo, jak obecnie odgaduje akcję filmu, odgadywałby z ich wyrazu pragnienia i potrzeby. Gdyby nie czytał gazet i książek, słuchałby ich słów. I wiedziałby o nich znacznie więcej.
Znacznie gorsze jest, że otrzymujemy informacje o Świecie Sztucznym – a nasze zmysły traktują je tak, jakby były ze świata prawdziwego. Anna Karenina dla naszych babek była czymś żywszym, niż sąsiadka – i, opłakując Kareninę, nie dostrzegały, być może nie mniejszych, problemów sąsiadki. W nauce: otrzymujemy informacje o świecie z teorii naukowych – a te teorie po jakimś czasie okazują się fałszywe. Kosmonauta, który kierowałby się teorią Ptolemeusza, raczej nie trafiłby na Marsa – ale kierując się teorią Kopernika… tym bardziej by nie trafił (planety nie poruszają się po kołach, tylko po elipsach! – Ptolomeusz brał na to poprawkę…) Również Newton, Keppler, a prawdopodobnie i Einstein nie przedstawiają prawdziwego Światalecz pewien uproszczony model.
I dlatego prawdziwy postęp dokonuje się dzięki tym, którzy nie wierzą w teorie naukowe, wbrew nauce budowali latające maszyny cięższe od powietrza itp.
Teraz krótka ocena tego stanu rzeczy:
Nie jest tak, by ten postęp sam w sobie był szkodliwy. Wielkie umysły potrafią nauczyć się teorii Newtona – i poddać ją potem krytyce. Wielkie umysły potrafią obejrzeć film kryminalny – a potem znaleźć czas, energię i wolne moce informacyjne, by zająć się losem sąsiadów. Z drugiej strony wielu umysłom nie trzeba nadmiaru swobody: teorii Einsteina i tak nie obalą, wiec niech po prostu nauczą się jej na pamięć: lepiej korzystać z błędnej, ale bliskiej prawdzie teorii, niż działać metodą „prób i błędów”. Ta druga jest twórcza – ale nas nie stać na to, by wszyscy experymentowali!!
Teraz pora na wnioski:
1. Zło nie leży w oświacie, ani w jej postępach. Nawet nie w jej powszechności. Zło leży w jej PRZYMUSIE – i w jej UNIFIKACJI.
Wszystkich uczymy tego samego – w dodatku nie pytając, czy tego chcą! Z tą dyktaturą egalitarystów – oświeceniowców należy skończyć.
2. Należy zdecydowanie zerwać z jednolitym typem szkolnictwa – i z przymusem nauki. Nauka tylko wtedy będzie ceniona, kiedy nie będzie przymusowa – a jeszcze bardziej ceniona, kiedy trzeba będzie za nią płacić!
3. Muszą powstawać różne typy szkół, oferujące różną wiedzę.
Jest prawdą, że np. teoria ewolucji pozwala lepiej opisać przemiany świata biologicznego; jest jednak również prawdą, że w wielu umysłach podważa ona wiarę w Boga – a jest też niewątpliwą prawdą, że społeczeństwo bez Wiary rozwija się bez porównania gorzej. Wyjściem z tego dylematu jest oczywiście powszechne nauczanie biologii statycznej – a tylko umysły naprawdę zainteresowane biologią i zdolne do krytycznego jej odbioru powinny być uczone teorii ewolucji!
Nie ma żadnego, najmniejszego powodu by dzieci w szkole podstawowej uczone były Teorii Zbiorów, teorii Względności lub Teorii Ewolucji. 99% umysłów nie jest w stanie zrozumieć Teorii Względności; nauczyciele z wielkim wysiłkiem osiągają stan, w którym uczniowie wygłaszają formułki umożliwiające udawanie, że tę teorię rozumieją.
Miliony dziewcząt udają, że rozumieją Logarytmy, – a nauczyciele udają, że im wierzą. By wszystkich zmusić do odgrywania tego teatru Oświatowcy wprowadzili: przymus szkolny oraz premiowanie nauczycieli za wyniki oraz współzawodnictwo między nimi. W efekcie żaden się nie przyzna, że w jego klasie nikt nie rozumie Teorii Względności – podobnie, jak za Stalina żaden sekretarz ani lektor partyjny nie przyznał się, że towarzysze ni w ząb nie rozumieją Materializmu Dialektycznego. Miliony nie rozumieją Teorii Względności – i nie rozumieją Teorii Ewolucji (przeciętny absolwent szkoły średniej jest przekonany, że Walka o Byt rozgrywa się pomiędzy gatunkami zwierząt!!).
Wiedza ta nie jest do niczego potrzebna. Przeciwnie! Przeciętnemu leśnikowi nawet raczej przeszkadza. Przeciętny człowiek ma wiedzieć, że istnieją odrębne gatunki – a świadomość, że populacja sosen przechodzi specjację i za 10 000 lat wyłonią się z niej najprawdopodobniej dwa odrębne gatunki, raczej przeszkadza w odpowiedzi na pytanie: Panie Kowalski, to ile sosen jest w tym lesie?”. Nie ma ani jednego efektu Teorii Względności, z którym miałby do czynienia człowiek – nawet i kosmonauta! Mało komu potrzebna jest też wyższa matematyka, którą Oświeceniowcy z upodobaniem męczą nasze dzieci. Oczywiście byłoby to sensowne, gdyby w wyniku tego ich umysły rozwijały się lepiej – niestety, już na początku stwierdziliśmy, że jest odwrotnie!
W dodatku te dzieci tracą czas na naukę logarytmów – a nie umieją mnożyć! Uczą się Teorii Ewolucji – a nie odróżniają sosny od świerka! Uczą się odróżniać Imiesłów Odczasownikowy Bierny od Czynnego – a nie umieją mówić ani streścić książki! Uczą się teorii Względności – a nie znają porządnie dynamiki i kinematyki! „Wiedza” stała się zbiorem nikomu niepotrzebnych faktów i teoryj; nic dziwnego, że jest w pogardzie. Młodzież ucieka z „darmowych” szkół – ale chętnie płaci grube pieniądze za kursy komputerowe, kroju i szycia i inne, na których uczy się czegoś pożytecznego. Jest to obraz klęski.
4. Należy ten martwy system zlikwidować. Tylko ci uczniowie, którzy samodzielnie dostrzegają pewne niedokładności w podziale na gatunki powinni uczyć się Teorii Ewolucji; tylko ci, którzy zainteresowani są Fizyką, powinni uczyć się Teorii Względności. Tylko ci; którzy są na tyle inteligentni, by pojąć, że dla społeczeństwa nie jest ważne, czy Bóg naprawdę istnieje, a tylko czy ludzie w Niego wierzą – powinni zajmować się tym problemem – albowiem przeciętny człowiek rozumuje prosto: „Boga niet – otca w mordu można!”. Tylko zawodowcom jest do czegokolwiek potrzebna znajomość Gramatyki: podejrzewam, że ani Szekspir, ani Homer w ogóle się jej nie uczyli – a przecież pisali!
5. Ludzie chcą wierzyć, chcą umieć odróżniać sosny, strzelać i majsterkować – Oświeceniowcy uczą ich pogardzać tymi zajęciami – i wlewają do szkół truciznę ateizacji i abstrakcji, potępienie dla wartości i konkretu.
6. Umiejętność operowania abstrakcją, niezależność myśli, chęć obalenia Autorytetu potrzebna jest tylko arystokracji ducha. Zwykli ludzie chcą mieć Autorytety, którym mogliby zawierzyć. A kto należy do tej arystokracji? – ten, kto chce się uczyć. A po czym poznać, czy ktoś chce się uczyć? – po tym, że pokonuje trudności. Np. zamiast ganiać po boisku udziela korepetycji uczniom szkoły podstawowej, by opłacić czesne w gimnazjum…
Szkoły muszą być płatne. O ich programie decydować muszą rodzice – i wolna konkurencja miedzy szkołami.
7. Jedne szkoły produkować będą techników, umiejących błyskawicznie i sprawnie zrealizować każdy pomysł, który wylęgnie się w głowach fantastów – a inne, zapewne nieliczne (bo kogo stać na uczenie rzeczy mało pożytecznych) produkować marzycieli, pogardzających przyziemnymi technikami. I jedni i drudzy są potrzebni! Niestety: i jednych i drugich mordujemy przymusowym pobytem we wspólnych szkołach.
Należy też skończyć z koedukacją; wszędzie w świecie lepsze wyniki osiągają szkoły dys-edukacyjne, potrafią z uczennic i uczniów wydobyć te zdolności, które są właściwe dla ich płci. Rodzice wrócą do systemów dys-edukcji z widoczną ulgą.
8. Ostatnim aktem obecnej administracji szkolnej powinno być przygotowanie szkół do prywatyzacji i decentralizaeji. W tym celu najkorzystniejsze jest rozdrobnienie. Zamiast sieci przedszkoli, odrywających dzieci od matek, czteroklasowe szkółki podstawowe po wsiach, zniszczone za p. Edwarda Gierka; wsie i osiedla stać na utrzymanie jednej nauczycielki – i rodzice zrobią to chętnie. Powinny one objąć dzieci w wieku 5-8 lat.
Uzupełnieniem wykształcenia podstawowego powinna być szkoła dla dzieci w wieku 9-12 lat. Dalej już dziećmi powinny zająć się zawodówki, technika, gimnazja i feminea – na początek też cztero-letnie, kończące się „małą maturą”. Absolwenci powinni iść albo do dwuletnich liceów, typu obecnej „szkoły pomaturalnej” lub też do odpowiedników colledgów, dających tytuł bakałarza (BA).
Po prywatyzacji, która powinna nastąpić możliwie szybko szkoły te, oczywiście odejdą od tych reguł: niektóre skrócą swój program do trzech – inne wydłużą do pięciu lat; ta reforma potrzebna jest po to tylko, by rozbić zakrzepły układ szkolny, by stworzyć bardziej elastyczny punkt wyjścia.
Istotą reformy jest zmiana podejścia do wiedzy. Zrozumienia, że wiedza jest narzędziem. Lewica, która z taką niechęcią godzi się na dawanie ludziom pistoletów – pod przymusem wyposaża ludzi w wiedzę, która jest od pistoletu znacznie niebezpieczniejsza! Wyposaża nie tylko tych, co są w stanie ja opanować – ale i tych, którzy tego nie umieją, wiedzą, że nie umieją – i NIE CHCĄ.
Co dalej? Prywatyzacja szkół umożliwi znacznie zmniejszenie podatków. Tak radykalna ich obniżka (oświata – to prawie ćwierć budżetu – a przecież budżet stanowią nie tylko podatki!!) spowoduje raptowny wzrost dochodów ludności – przy czym jest obojętne, w jakiej części nastąpi to poprzez spadek cen, a w jakiej poprzez wzrost zarobków (uwaga: sferze budżetowej trzeba będzie podnieść zarobki w takim samym procencie, w jakim wzrosną zarobki w reszcie gospodarki – co będzie zresztą trudne do obliczenia, gdyż zarobki są ukrywane – a poza tym zarobki w pieniądzu nie stanowią jedynego źródła dochodów obywateli).
Mając te pieniądze w kieszeni obywatele zaczną posyłać dzieci do prywatnych szkół, najprawdopodobniej powstających w tych samych budynkach szkolnych, co obecnie (ale niekoniecznie! Od czasu budowy niektórych zmieniło się, być może, zaludnienie okolicy – i optymalna lokalizacja jest inna; w dodatku wielkość szkół prawie zawsze NIE jest optymalna).
Jest rzeczą skądinąd ciekawą, że te same osoby, które godzą się na to, by mieszkanie było towarem (i nie obawiają się, że ludzie będą mieszkali pod mostami) – nie chcą się zgodzić na prywatyzację szkół – szermując argumentem, że „niektórych nie będzie stać na posyłanie dzieci do szkół”.
Najprawdopodobniej tak właśnie będzie – ale przecież dach nad głową jest – mimo wszystko – ważniejszy dla dziecka, niż szkoła! Prawdziwą przyczyną mentalnego oporu przed skasowaniem przymusu chodzenia do szkoły państwowej jest przekonanie intelektualistów, że powinni oni mieć kontrolę nad tym, czego uczone są – nie ich przecież – dzieci! Myśl, że rodzice mogliby uczyć dzieci czegoś, co oni nie uważają za słuszne (lub, np. w ogóle do szkoły nie posłać!) – jest totalitarystom (bo to jest totalitaryzm w klasycznej postaci!) tak obmierzła, że gotowi są oni doprowadzić do tego, że dzieci z głodu będą umierać – a do szkoły będą musiały chodzić (co, podobno, tej zimy w niektórych galicyjskich, zwłaszcza bieszczadzkich, szkołach już miało miejsce).
I dopóki nie wyzbędziemy się tego nawyku do totalitaryzmu – dopóty nie rozwiążemy problemu oświaty. Bo to idee rządzą Światem – a nie, wbrew złudzeniom marxistów, gospodarka!

Janusz Korwin Mikke

Podebrane ze strony: https://publicdisorder.wordpress.com/2011/06/23/u-progu-wolnosci-janusz-korwin-mikke-e-book/

Znane mi z książki “Historia według Korwina” Janusza Korwina Mikke, nabytej drogą kupna 😉

Uczeni vs. naukowcy.

Poniższy tekst znalazłem w akademikowym intranecie i się dzielam

[Przytoczoną wyżej informację Dox znalazł przed kilku laty w nowozelandzkim dwutygodniku polonijnym “Kraj” (z 11.12.1994 r.), podał ją uczony biolog, znany publicysta, od lat pracujący poza Polską, Roman Antoszewski. Wykładowca uniwersytecki, z temperamentu publicysta, z upodobań – zbieracz ciekawostek.]
Odkryto zdumiewającą rzecz

– Doktor Dox dzielił się z Antym swoim zdziwieniem.
– Zakłada się, że pracownik nauki odznaczać się powinien sześcioma cechami:
być obiektywny,
racjonalny w myśleniu,
mieć otwartą głowę,
wysoką inteligencję,
odznaczać się spójnością rozumowania
posiadać zdolność komunikowania się z innymi.
– To oczywiste – wtrącił zdziwiony Ant. – Do czego zmierzasz?
– Jak się okazało w toku pewnego badania,

92 % naukowców nie potrafiło zidentyfikować prostego eksperymentu, który NIE ROZWIĄŻE postawionego problemu;

Ponad 90 % nie potrafi wyróżnić eksperymentu prowadzącego skutecznie DO ROZWIĄZANIA problemu.

Nie jest to dobrym świadectwem racjonalności rozumowania czy inteligencji, przyznasz, przyjacielu.

Losowo wybrana grupa duchownych protestanckich, nie mających żadnych naukowych aspiracji i przygotowania, znacznie sprawniej rozwiązywała proste problemy wymagające zastosowania podstawowej matematyki, niż pracownicy nauki. Badania prowadzono na uniwersytecie stanowym w Pensylwanii.

Nie chcę wyjść na tendencyjnego gościa, ale pan Janusz Korwin Mikke stwierdził niegdyś w jednym ze swoich felietoników pisanych do tygodnika Angora napisał, że uczonego od naukowca odróżnia fakt, że uczony objaśnia nam jak dział świat a ten drugi robi w nauce, bądź jest pracownikiem nauki. Jakoś tako mi się to pamięta.

Droga Pani z internetów

Estera Jot  Życie prywatne polityka, któremu mam ufać i który chce zmienić cały ustrój, powinno być nienaganne. Jeżeli facet nie umie się trzymać jednej baby to skąd mam wiedzieć ze będzie miał siłę walczyć o mnie i mój naród? Nie umie uratować nawet swojej rodziny a co dopiero tak zniszczonego państwa. Stracił Pan mój głos.

Droga Pani.

#1 Jakby nie patrzeć pan Janusz Korwin-Mikke jest REPREZENTATYWNY, daje szanse na przewidywalność (bo dużo latek w polityce i przez ten czas można popatrzeć na to co zrobił, napisał, powiedział, …) i to się niezawile w tym czasie zmienia …

#2 Herosi byli jedynie mitem, nawet w Starożytnej Grecji a obecnie chodzi o to aby na każdego kto herosem nie jest mieć jakiegoś haka. Szukając idealnych polityków i w ogóle ludzi npd. trafi pani tam gdzie trafiają socjaliści (czyli ci którzy min. szukają systemu i świata idealnego) do piekła lub piekiełka, a jak ono może lub będzie wyglądać to już temat na inną opowieść.

#3 Ileż rozumu trzeba nie mieć aby od polityka, który mówi, że “mężczyzna powinien mieć tyle żon na ile jest go stać“,, że “rodzi się za mało dzieci i to jest źle” itp. wymagać tego aby jego życie prywatne było nienaganne i to wg pani oczekiwań, bo z tego co mówił i prezentował dotychczas pan Janusz Korwin-Mikke zachowuje się spójnie i przewidywalnie nawet w życiu prywatnym. Pani jednak oczekuje aby życie prywatne polityka było nienaganne wg pani zasad. Hę?! Ciekawe czy da radę zadowolić wszystkich lub chociażby znaleźć wspólny rdzeń takich zachowań dla tzw. większości?? Raczej ryzykowne zadanie.

#4 Co jeszcze? Jak się mają pani oczekiwania wobec tego, że ten polityk niezmiennie twierdzi, od lat, że należy usunąć koryto a nie zmieniać świnie przy korycie, że należmy maksymalnie uprościć i upraszczać prawo, że przestępców należy karać, że należy zmienić system sądowniczy (czemu należy go radykalnie przebudować to chyba nie muszę wyjaśniać) i wie i mówi jak to zrobić, który chce aby oddać ludziom władzę nad wytwarzanym przez nich dochodem! To jest polityk, który od lat wyraźnie mówi, że należy znieść podatek dochodowy. Jeżeli pani przeszkadza w tym życie prywatne tego polityka to odsyłam do pana prezesa Kaczyńskiego i jego partii i jego poglądów i skutków jego politykowania. Polska zapewne będzie pod jego rządami nieco porządniejszy krajem niż za np PO, ale nadal strasznym. Bo ów, pani zdaniem, porządny polityk nie ma zamiaru zmieniać tego niecnego systemu na lepszy, chce jedynie i aż sobie w nim porządzić!!!

Konwentykl, głupota, elyta, polskość, Polska

Gdyby byli panowie jedynie głupcami. Gdyby.
Ludzie z “Konwentyklu” to najprawdopodobniej dobra reprezentacja elity, która mogła by zastąpić tę “kreolską” odziedziczoną po latach niewoli. Zrobiliście panowie, tu nie chodzi o odwołanie pana Janusz Korwin-Mikke tylko o dość prawdopodobne pogrzebanie szans na lepszą Polskę, zrobiliście panowie coś tak głupiego, że decyzja aby nie wiązać przyszłości mojej i moich dzieci z Polską jest jeszcze mocniejsza. To jak urodzić się w kiepskiej rodzinie. Jej się nie wybiera, ale można ją opuścić i moim zdaniem należy!

A na pytanie “czy ludzie idą za człowiekiem, czy za ideą?” odpowiem tak.

Otóż drogi Kongresie Nowej Prawicy działalność, publicystykę, wystąpienia sejmowe, książki, blogi, wystąpienia publiczne itd. pana Janusz Korwin-Mikke można śledzić i zapoznać się z długiego okresu czasu. Tam bez problemu można stwierdzić, że ten człowiek wie czego chce, wie jak to ma wyglądać oraz, że do tego jest stały w tym czego chce i jakich zasad się trzyma. Sam JKM twierdzi, że ważne, żeby wygrała idea a nie partia np KNP czy UPR. Wyście Państwo Drodzy wsparli jednak dobicie tej idei zanim na dobre dane jej było zakwitnąć. Dlaczego? Może spytacie? Bo anie ja ani inni nie zaufają ludziom, którzy przedstawiali się jako mądrzejsi i lepsi niż POPiS i reszta, bo jak dojdzie co do czego to pozabijacie się o ETATY i wpływy polityczne a programu partii (dość dobry program) będziecie używali jedynie do gierek, politykowania a nie do realizowania.

chadzia o to, że odwołano pana Mikkego z prezesostwa … nie chodzi o Mikkego, tylko, że jakby nie patrzeć jest on REPREZENTATYWNY, daje szanse na przewidywalność (bo dużo latek w polityce i przez ten czas można popatrzeć na to co zrobił, napisał, powiedział, …) i to się niezawile w tym czasie zmienia … a teraz chłopcy i panowie zaczynają się sierdzić o stołki, pozycję, wpływy, jakby nie było ideii i lepszej, normalniejsze Polski o którą ponoć walczą … skończą __uje tak samo jak ich koledzy z PO co szli do pierwszych wyborów z hasłami liberalizmu gospodarczego … tyle, że kolesiom, którzy w tak jeszcze błachych okolicznościach puściły nerwy i zasady nie stać będzie na poważne i zapewne trudne zmiany w Polsce bo pijawek i innych pasożytów wiela jest, a i stabilnych zasad mało ….

Alan Greenspan i inni … łatwo się sku…ć, łatwo

Zachęcam do zwrócenia się uwagi na taką sprawę. Odwołano prezesa KNP – powiedzmy, że OK! Nowe Prezesostwo & Co. twierdzi, wprost, iż uczyniono min. z chęci odciążenia poprzedniego pana prezesa. Niestety nie są to twierdzenia z kategorii “puszczam do odbiorcy duże oko, duże”. Niestety nie. Oznaczać to może: skrajny cynizm, kiepsko rozumiany, nieliczenie się ani, ani z odbiorcą komunikatu, i wiele innych … Jeżeli Pan Janusz Korwin-Mikke chce partii, która po remoncie będzie zawierać sobie w tych ludzi to ja, pomimo ogromnego szacunku do pana Janusza nie będę w stanie zaufać takiej organizacji. Szczególnie, że wyzwania jakie przed KNP są znaczniejsze niż, powiedzmy, obecne okoliczności. Korzystanie z etymologii ma ponoć krótkie nóżki jednak niech będzie. Jednym ze znaczeń słowa KRYZYS w językach klasycznych był ODSIEW!

idea wolnościowa w Polsce

A ja jestem zdania, że najprawdopodobniej pomysł pana Grzegorza Brauna jest najsensowniejszy czyli: „połączenie idei wolnościowych z nazwijmy to patriotycznymi”. Specjalizacja, w jego opinii, tutaj szkodzi. My chcemy zmienić system, więc działać musimy też systemowo. Ponieważ chcemy zmienić system w Polsce a więc i polska emocja patriotyczna będzie i jest ważna.To są ludzie, którzy chcą się zaangażować. Choć nie ukrywajmy tam gdzie ona obficie występuje czegoś innego brak. Ja chętnie jednak będę przekonywał kolegów narodowców, że na armaty, kaszę i kamasze potrzeba wartości, potrzeba pieniędzy, które najefektywniej zarobią wolni ludzie w wolnym kraju, że aby kupić, wybudować, utrzymać, wyszkolić flotę podwodną tak aby to Polska panowała na Bałtyku (patrz → teksty i wystąpienia pana Jacka Bartosiaka z Narodowego Centrum Studiów Strategicznych) potrzeba wolności gospodarczej i dobrze działającego systemu prawnego, wręcz bardzo dobrze! Koledzy narodowcy czegoś chcą. Chcą sprawiedliwości – choć zazwyczaj niemądrze ją “rozumiom”, ale rdzeń tego chcenia jest tożdsamy. Można znaleźć więcej pkt. wspólnych. Sprzeciw wobec obecnego system itd. Rzecz aby dotrzeć do źródła ich emocji i pokazać gdzie i jak mogą je zrealizować tak aby był tego kolejny skutek a nie kolejne gloria victis.

To najprawdopodobniej nie_za_mądrze to zbywać. Tak jak pan R. A. Ziemkiewicz twierdził kiedyś, że Rodzina Radia Maryja jest jedyną (tak dużą) prawdziwą  organizacją pozarządową w Polsce bo łączy tych ludzi min. pewna idea, przekonanie a nie tylko krótkoterminowe biznesiki (mi do RRM daleko, ale ideowość, chęć, zaangażowanie i przekonanie  cenię i cenić będę!). W tekstach Cata-Mackiewicza są min. takie zdania (cyt. z pamięci) “Polska i Polacy mają cudną emocję patriotyczną, nie dorobili się jednak głowy, która by mądrze tą emocją pokierowała i wykorzystała drzemiącą w niej energię“. Więc być może czas połączyć w jedno serce z rozumem tak aby stworzyć dobrze działający mechanizm państwowy. W wolnej Polsce będzie sporo miejsca i pieniędzy dla ludzi, którzy idee patriotyczne stawiają ponad wszystko, tym bardziej, że nie będą mieli szans tym zniewalać innych a realizować swoje uczucia patriotyczne będą mogli min. jako członkowie najlepszej i najgroźniejszej Marynarki Wojennej na tym kontynencie!

Być może wczorajsze (2015-01-05) wydarzenie to przełom. Selekcja jest ważna. Być może panowie Marusiak & Co. właśnie jej właśnie na sobie dokonali.

Żeby założyć partię potrzeba min. 1000 ludzi. Składka czy też wpisowe może pokryć koszty obsługi prawnej rejestracji. Z tego co rozumiem, schemat i statut już jest. Jest wielu ludzi, którzy bez szemrania założą “nową” partię  pana Mikkego i będą w niej działać jeszcze skuteczniej niż we wcześniejszych partiach. “Czystka” została dokonana. Tak więc pewne niepowodzenia i sprzyjających im ludzi mamy już za sobą. Wykorzystajmy ten impuls!!!

Pobożni socjaliści.

Otwartym Tekstem: Prawica na lewicy (Grzegorz Braun, dr Jan Przybył).

Wideło o tem jak to pewne partie (nie czarujmy się – chodzi o PiS) wykorzystują anturaż chrześcijański, katolicki do propagowania ideologii socjalistycznej czyli jak powiedział Wielce Szanowny Grzegorz Braun, że szafarz chrześcijański tu katolicki jest wykorzystywany do tego, żeby “… legitymizować … ten projekt  podstępnego rabunku czy jak wcześniej któryś z panów powiedział, zbiorowego gwałtu, który się nazywa socjalizm”.


Szczerze polecam obydwóch panów Wielce Szanownego Grzegorza Brauna (reżysera, publicystę) i dra Jana Przybyła (wieloletniego wykładowcy historii kultury polskiej). Jeżeli ktoś ma na_ten_przykład uprzedzenia do Wielce Szanownego Grzegorza Brauna to szczerze (wiem powtarzam się z  tym szczerze co może wzbudzić wątpliwości co do mojej szczerości oraz umiejętności językowych – wiem, ale zabieg to celowy, zamienię jednak owo szczerze na gorąco, z pełnym zaangażowaniem). Często można usłyszeć, że np. Wielce Szanowny pan Braun jest antysemitą. Hmm … zapewne jest takim samym jak Wielce Szanowny pan Michalkiewicz a pan Michalkiewicz jest takim samym antysemitą jak Wielce Szanowny pan Wolniewicz. Na pana Wolniewicza są na szczęście mocne przykłady jako antysemitę. Mocne bo dostarczył ich sam. Oczywiście ironizuję. Proszę sobie wykaczyć więcej informacji. Zachęcam też do pominięcia zarówno wyglądu jak i maniery z jaką mówi pan Wolniewicz. Proszę posłuchać co prof. Wolniewicz ma do powiedzenia. Odsyłam min do tego filmiku.

oraz tego filmiku gdzie się co nieco wyjaśnia.

A na zakończenie ten jest wyjątkowo krótki.


Porównywanie tych ludzi (panów Brauna, Michalkiewicza, Mikkego, Wolniewicza), którzy w mojej ocenie prezentują postawę judeorealistyczną z kimś kto przeklina “żydów” ilekroć się potknie o wystającą płytę chodnikową lub ile razy zdradzi go żona oraz ogólnie wie “kto za tym wszystkim stoi” (w domyśle oczywiście “żydy“) świadczy jedynie o poziomie kiepskich intencji lub głupoty. Zaznaczę, że te dwie sprawy, głupota i kiepskie intencji nie muszą się wykluczać. Ogólnie chodzi o pewien brak dojrzałości emocjonalnej, życiowej, której można by oczekiwać od dorosłych ludzi, który to brak dojrzałości jest w ten sposób właśnie manifestowany.  Przy czy nawet ci ostatni, ci prawdziwi antysemici, jak mniemam są dalecy od wpychania ludzi do wagonów i wywózki tam gdzie kończą się tory. To domena kogoś innego.

Tak więc etykiety są przydatne. Bywają potrzebne. Pytanie kto je “przykleja” i po co? Z jakimi intencjami ten ktoś to robi i w jakim celu to czyni? Czy aby jest to korzystne dla ludzi czy tylko wąskiej grupy gangsterów. Ostatnie pytanie. Czy wystarczy nam chęci i sił oraz inteligencji żeby pod te etykiety zaglądać oraz czy będziemy w stanie zaufać autorytetom, np w tej kwestii? Bo jak powiada mój ulubiony pan stomatolog (cyt. z pamięci, nieco parafrazy):

Mamy b. ciekawe czasy, proszę pana, ludzie teraz nie mają autorytetów. Są tacy “mądrzy”, że nikogo już nie potrzebują.

Perypetie informacji w Internecie

Znalazłem ja ciekawą rzecz i myślę, że warto przeczytać. Ta rzecz to Fundacji Panoptykon pod tytułem Perypetie informacji w Internecie. Przewodnik, a to link do werysyji w pliku pdf.

„Jeśli ty masz jabłko i ja mam jabłko, i wymienimy się tymi jabłkami, to wtedy ty i ja wciąż będziemy mieli po jednym jabłku. Ale jeśli ty masz pomysł i ja mam pomysł, i wymienimy się tymi pomysłami, to wtedy obaj będziemy mieli dwa pomysły.”

To cytat z cytatu z tegoż dzieła. Sam on w sobie mnie się podoba. Niech więc zachęca do przeczytania. Ponieważ autor tych słów z uwagi na popieranie takiego mało ciekawego pomysłu jak eugenika, pomimo całej swojej erudycji, dowcipu i oraz inteligencji zasługuje na zapomnienie. Podsumowując okazał się zbrodniarzem, głupcem, tchórzem, człekiem podłym, … lub wszystko na raz.

A teraz do rzeczy. Należy przeczytać!